Bieszczady. Tym razem pobyt w Zatwarnicy, do której jechaliśmy dość późnym wieczorem, po pracy, w niesamowicie gęstej mgle, z duszą na ramieniu (przynajmniej ja).
Na drugi dzień poszliśmy na spacer i w pewnym momencie, kiedy słoneczko przygrzało, przed sobą mieliśmy zimę, a za sobą jesień. A na spacerze towarzyszył nam piesek. Nie nasz, ale taki, który postanowił, że się z nami przejdzie. To nie jest pierwszy raz, kiedy byliśmy w takiej sytuacji. Trzeba było jakoś towarzyszowi podziękować, dobrze, że w plecaku zawsze jakiś batonik się znajdzie.